Wakacje to czas wędrówek i podróży. Wracamy z nich pełni wrażeń, bo dowiadujemy się czegoś nowego o świecie, mamy też okazję, by spełniać swoje marzenia i realizować plany.

Czy da się jakoś zmierzyć wartość takich wakacyjnych wypraw?

Czy każda z nich może być okazją do równie ciekawych i inspirujących doświadczeń oraz refleksji?

 

Był dopiero początek maja, a jej już udzielił się błogostan nadchodzącego nieuchronnie lata, kiedy to dni upływają jeden za drugim, pełne słońca, ciepła i zapachu kwitnących roślin.

W przyrodzie było tak, jak się spodziewała. Całkiem niedawno czerwieniły się na klombach tulipany, a już zapachniały bielą konwalie i bzy zachwycały obfitością liliowych kiści… Była świadkiem tych wiosennych przemian zwiastujących nadchodzące lato.

Zarówno za dnia, jak i wieczorem było ciepło, a soczysta zieleń nie miała jeszcze zabarwienia tej żółci, tak typowej dla spalonej letnim słońcem trawy. W kontekście takich widoków, jesień wydawała się być obco brzmiącym słowem. Nastał dobry czas.

Ada postanowiła spędzić ten wolny, majowy tydzień poza Krakowem, w swoim drugim mieszkaniu, które z założenia było po to, by mogła oderwać się od obowiązków, pracy i wielkiego miasta. Była tam u siebie! To poczucie sprawiało jej wielką radość i dawało przedsmak wakacyjnego wypoczynku.

Od samego początku była „zakochana” w tym mieszkaniu, o ile można tak powiedzieć o zwyczajnej nieruchomości. Gdy znalazła się w nim pierwszy raz, już wtedy odniosła wrażenie, że dobrze je zna i czuła się tak, jakby wchodziła do swojego domu… Sama była tym zdziwiona, bo oglądając wiele lokali wystawionych na sprzedaż, nie doświadczyła ani raz podobnego odczucia. 

Co więcej, była pewna, że mieszkanie odwzajemnia to uczucie od samego początku, gdyż wszystkie przywiezione przez nią mebelki pasowały tak idealnie, jakby puste miejsca w pomieszczeniach czekały właśnie na nie. Obrazy pasowały do gwoździ, wbitych w ściany przez kogoś innego, firanki, obrusy i kapy wyglądały tak, jakby były kupione z rozmysłem, dokładnie pod odcień kolorów ścian… Dawało to w sumie bardzo harmonijny i zgodny obraz całości.

Mieszkanie było jak żywe stworzenie - opiekuńcze, współpracujące, pełne dobrej energii i ciepła już od samego wejścia. Każde jego pomieszczenie emanowało tym na swój sposób.

Przedpokój miał charakter zdecydowanie motywujący, bowiem był w kolorze rozgrzanej słońcem cegły. Przyciągał wzrok tą ciepłą barwą ścian, zachęcał do wejścia, obiecywał poprawę nastroju. Konsekwentny swoim kolorem, od progu do samego końca, od sufitu do podłogi, po południu odwiedzany przez ruchome, słoneczne, ciepłe refleksy…

Po lewej stronie od wejścia można było ochłodzić spojrzenie w cieniu małego pokoju w seledynowym kolorze, z wiszącymi na ścianach obrazami kwiatów, żółtą, gęstą zasłoną w oknie i zieloną żaluzją.

Nieco dalej, na wprost drzwi wejściowych znajdował się malutki, kwadratowy pokoik z niebieskimi ścianami kojarzący się zarówno z chłodem zimowego nieba, jak i kolorem wiosennych niezapominajek - do wyboru. Zawieszony był koronkowymi chustami, które go zdobiły, odcinając się od ścian puszystą wypukłością srebrzystej bieli i kremowej wanilii.

Największy był pokój, narożny, który miał żółte ściany, duże okno i balkon.

Nazwy tych pomieszczeń same nasunęły się Adzie na myśl i tak je nazywała: pokój piaszczysty, cienisty, koronkowy, przedpokój motywujący i soczysta kuchnia w odcieniu dojrzałej piwonii. Do tego była jeszcze łazienka, kontrastowa niczym świeży śnieg i letnie słońce – cała biała z pomarańczowymi wykończeniami.

W tym mieszkaniu czas płynął jej inaczej, tego była pewna.

Gdy zbliżał się świt, ale jeszcze było ciemno, słyszała śpiew ptaków, tak wyraźny i dźwięczny, jakby odbijał się echem od wysokich sklepień. Nie było wtedy nic w powietrzu oprócz tego śpiewu. Był to znak, że nadchodzi kolejny dzień i lada moment wschodzące słońce zacznie rozjaśniać okolicę. Był to piękny moment, niepowtarzalny i tak odmienny od późniejszych, zwyczajnych godzin całego dnia.

Po południu zaczynał ożywać pokój piaszczysty z balkonem, gdzie światło zachodzącego słońca wlewało się codziennie do środka, jak morska fala i zagarniało jego przestrzeń – stopniowo, w ciszy, prawie niezauważanie. Wpełzało powoli na ściany, ozłacało meble i obrazy… Wszystko wtedy nabierało uroczystych odcieni i niecodziennego wyglądu, a sprzęty, stojąc na swoich miejscach w bezruchu, zmieniały się, wędrując ku wieczornym cieniom.

Wystarczyło wtedy tylko być tam i patrzeć jak na spektakl. Oto świetlna tęcza odbita od brzegu stojącego lustra pojawia się na ścianie i stopniowo przesuwa po kanapie, kwiaty wzorzystej firanki zdobią swoim cieniem szafę, ożywają figurki rzeźbionych świątków i spoglądają porozumiewawczo wprost na siebie nawzajem, wełniana kapa na tapczanie nabiera bardziej intensywnych kolorów, a słoneczna smuga biegnie tajemną szczeliną od balkonu, poprzez linoleum przedpokoju aż do drzwi wejściowych ścieląc się pod nogi jak dywanik, który nieustannie się zmienia, by po chwili całkiem zaniknąć i zblednąć pozostawiając zwyczajny kolor znajomej podłogi. Nie było jednak w tych przemianach smutku, ani wrażenia, że coś się bezpowrotnie skończyło. Był to sygnał, że nadchodzi chłód wieczoru, który wyostrzy kontury drzew i wszędzie zacznie panoszyć się cień, zapraszając do zapalenia lampy na stole, czy świec na balkonie.

Ilekroć kończył się czas wolny i musiała już jechać z powrotem do Krakowa, było jej żal opuszczać to miejsce. Jednak musiała znaleźć siły i argumenty dla samej siebie, by to zrobić – sprawnie, szybko i z nadzieją powrotu. Musiało tak być, gdyż obecnie żyła w dwóch światach i to był ten jej drugi dom. Nazywała go domem powrotów, gdyż większość swojej energii poświęcała na to, by móc tam regularnie i często jeździć.

Gdy wyjeżdżała, żal jej było wyrzucać kwiaty z wazonu, więc zamykała je po prostu w pustym mieszkaniu, by kwitły „same sobie” jeszcze przez jakiś czas… Przecież nie była im potrzebna do tego widownia. Gdy wracała po tygodniu, w mieszkaniu unosił się subtelny i świeży zapach tych pozostawionych kwiatów, które ani nie zgniły, ani nie zeschły, tylko po prostu zrzuciły swoje płatki na obrus. Wolała, aby tak było, niż wyrzucać je w pełnym okwicie do kubła na śmieci lub zabierać ze sobą w męczącą drogę. Dzięki temu, miała wrażenie, że mieszkanie „żyje” nawet wtedy, gdy jej tam nie ma.

Latem, balkon był jej ulubionym miejscem. Odnosiła chwilami wrażenie, że czas na tym jej balkonie jakby się zatrzymał i zdawał się krążyć jedynie pomiędzy ciepłem słonecznego dnia i chłodem nocy. Czy to możliwe? – zastanawiała się czasami, ale odpowiedź nie była jej do niczego potrzebna.

Toteż w dzień korzystała ze słońca, a wieczorem ubierała ciepły sweter. Każdy kolejny zmierzch przyzywał do siebie światło lamp i świec, dzień oraz noc dopełniały się nawzajem i następowało jedno po drugim. Nic nie działo się wokoło, ani daleko, ani blisko. Czyżby nastąpiło chwilowe „znieczulenie” upływającego czasu? Nie miała nic przeciwko temu.

Ada chętnie i długo przesiadywała na tym swoim ulubionym balkonie, ale tylko pozornie trwała tam w bezruchu. Jej duch był aktywny, wędrował w czasie i przestrzeni. Oglądała wtedy zdjęcia, czytała pożółkłe listy, przeglądała książki, te stare i nowe, obserwowała otaczające ją drzewa, odległe pagórki, słuchała śpiewu ptaków, opalała się lub chowała do cienia rzucanego przez balkonowy murek… Ten balkon, okazał się miejscem magicznym, gdzie stykają się dwa światy – domowy, oswojony i zewnętrzny - dziki na swój sposób.

Od czasu do czasu wbiegała wtedy boso do mieszkania, by spojrzeć na zegar, porwać ze stołu jakąś przekąskę lub napój. A potem, czym prędzej, wracała znów do balkonowego świata. Wyganiał ją stamtąd jedynie nagły chłód, deszcz, nocna senność.

Siedząc tam, szukała w swojej głowie jakiegoś podsumowania, sensu, czy też głównej myśli związanej z tym, co ją otacza obecnie oraz tym, co już przeżyła i zapamiętała. Nie mogąc jednak tego odnaleźć i nazwać tak na zawołanie, pozwalała na to, aby jej wolny czas dalej płynął leniwie, zmieniając światło dnia w chłód i ciemność kolejnych nocy… Wierzyła, że może te chwile spędzane tak chętnie na balkonie pozwolą jej w końcu spojrzeć głębiej na świat, ten jej świat. A ponieważ myśli te na razie nie przychodziły, czekała na nie cierpliwie, robiąc w międzyczasie różne konieczne i mniej potrzebne rzeczy.

Codziennie wychodziła na spacery po znajomym parku albo do pobliskiego lasu, czy na tzw. konieczne zakupy połączone z towarzyskimi spotkaniami w sklepach. Lubiła zajrzeć po drodze do klimatycznej kawiarenki, do księgarni, czy rodzimej galerii sztuki, której twórcy mieszkali w okolicy i byli zwyczajnymi ludźmi z sąsiedztwa. Odwiedzała znane sobie miejsca, ale nie nudziło jej to wcale, wręcz przeciwnie, stanowiło okazję do potwierdzania swojej częstej obecności i przyjętych zwyczajów. Z każdej takiej wyprawy po okolicy wracała do swojego mieszkania z torbą zapełnioną zakupami i głową pełną wrażeń i pomysłów. To miejsce wybrała przecież po to, aby właśnie tu, być sobą.  

Pewnego dnia, w tym jej drugim domu pojawiła się łąka, zaproszona „do chaty” niczym w wierszu Leśmiana… Była bajecznie kolorowa i zaglądała przez szybę, dając znak nadziei, że znów będzie lato. Ada odnosiła wrażenie, że to żywa łąka przegląda się w tym malowidle jak w zwierciadle lub tafli wody… A to był zwykły balkonowy murek zamalowany od wnętrza kolorowymi farbami naśladującymi kształty polnych kwiatów, zielonych traw, krzewów… Pomysł zamalowania tego murku pojawił się w jej głowie spontanicznie i bez konkretnego powodu. Początkowo sama uznawała go za szalony, ale gdy spotkała kogoś, kto na co dzień trudnił się malarstwem iluzorycznym dużych powierzchni, uznała to za znak, że jej niejasna wizja może zostać zrealizowana. I tak się stało.

Przyzwyczaiła się do widoków rozciągających się z jej balkonu – na wprost było odległe, częściowo zalesione wzgórze, po lewej park na wzniesieniu, którego drzewa wydawały się znacznie górować nad okolicą, po prawej sąsiedni blok a na samym dole trawnik, na nim obłożone kamieniami okrągłe klombiki i ozdobne krzewy. Tuż obok były także dwa ogrodzone parkanem domki. Jeden stary, drewniany, a drugi bardzo nowoczesny. Obydwa zamieszkałe i ludne.

Miała też swoje ulubione miejsca, które często odwiedzało jej spojrzenie – korony starych drzew graniczące z niebem, te sąsiedzkie ogródki na samym dole, tuż pod blokiem oraz pewien odległy dom stojący na zboczu wzgórza, wyglądający jak miniaturowe pudełko zapałek.

Nie obserwowała go, ale on sam rzucał się w jej oczy, ilekroć spoglądała w dal ze swojego balkonu lub okna. Jego widok był całkiem zwyczajny – był to biały, nowy, parterowy dom w kształcie prostopadłościanu, regularny, z wydatnym spadzistym dachem i trzema oknami na jednej ścianie, obok szutrowa droga z zakrętem, a za nimi łąka, las. Nie był ogrodzony, ani obsadzony drzewami, czy innymi roślinami. Tak wyglądał z jej balkonowej perspektywy. Ktoś tam mieszkał, bo w nocy okna długo świeciły chłodną bielą. Tyle widziała.

- A może wybrać się tam? – pomyślała sobie kiedyś. Jak na taką drugą stronę rzeki i spojrzeć stamtąd na ten swój „brzeg”?

Teraz wiedziała jedynie jak wygląda z daleka ten „jej” dom, albo raczej, na jaki wygląda z tak dużej odległości… A jaki jest z bliska? Może warto to porównać, sprawdzić…

Miała już za sobą podobne doświadczenia, które akurat wtedy zaczęły jej się przypominać, jedno po drugim.  

Lubiła góry. W dzieciństwie chodziła na dalekie wycieczki z rodzicami. Zdarzało się, że skuszona rozległym widokiem rozciągającym się z wierzchołka zdobytego szczytu, pragnęła znaleźć się w innym miejscu, choćby na chwilę, tak tylko z ciekawości.

- Fajnie byłoby stanąć teraz na tym wysokim pagórku i zobaczyć, jak stamtąd wygląda ta nasza góra, na której stoimy… Albo być na tej polanie z wielkim świerkiem na środku, o tam – mówiła wtedy podekscytowana wskazując ręką dobrze widoczne, ale odległe miejsce. Ciekawe jak tam jest!

-  To bardzo daleko – mówił jej tata, a ona nie wierzyła.

-  Daleko? Nie… To blisko jest przecież! Wszystko tak dobrze widać, jak na dłoni.

-  Ależ tak, to daleko. W prostej linii wydaje się być blisko, ale tak nie da się iść, tak możemy tylko patrzeć. Musiałabyś najpierw zejść w dół, a potem znów się wspinać. I przez całą drogę nie byłoby widać tego upatrzonego celu. Można wtedy łatwo zabłądzić.

Z trudem przychodziło jej zgodzić się z tatą. Nie bardzo rozumiała, co oznacza to, o czym mówił z takim przekonaniem. Była wtedy dzieckiem.

Wiele lat później, gdy była dorosła, sytuacja powtórzyła się. Pewnego dnia, zaciekawiona widokiem z okna swojego osiedlowego mieszkania, postanowiła ten widok „zwiedzić” na własnych nogach, by porównać, sprawdzić, przekonać się jak tam jest i może zobaczyć stamtąd własne okno i balkon? Puste oczywiście.

Przed swoimi oknami miała wtedy trawnik, parking, szeroką, ruchliwą ulicę oraz na ostatnim planie, na wprost, długi pagórek porośnięty drzewami, które zamykały widok z prawej i lewej strony. Z okien wydawał się on taki nieduży, płaski i łatwy do sforsowania.

Kiedyś, poszła tam na spacer, bez konkretnego powodu, z ciekawości. Niespodziewanie dla siebie, zabrnęła w jakieś zarośla, w poprzeczne doły porośnięte krzewami, których nie było widać z okien, a które okazały się konieczne do przejścia, by wdrapać się na szczyt pagórka. I co najgorsze, chwilami traciła z oczu znajome 4-piętrowe bloki! Jednym słowem natrafiła na przeszkody w terenie, których w ogóle się nie spodziewała, znając okolicę z codziennej obserwacji wyłącznie ze swoich okien. Kiedy dotarła wreszcie do celu, spojrzała w swoje okna. Z tamtego miejsca okazały się zwyczajne i znajome, tylko pomniejszone przez odległą perspektywę. Sama droga była jednak trudna, pełna niespodzianek, a gęste chaszcze skutecznie maskowały zdradliwe rozpadliny terenu i głębokie doły.

Przekonała się wtedy, że niepozorny pagórek, całkiem niewinnie wyglądający z domowego zacisza, może okazać się rozległym i niebezpiecznym wzgórzem. Tata jednak miał rację mówiąc o trudach osiągania takich celów, które tylko pozornie wydają się bliskie dla oczu!

Innym razem miała sen, że nagle, bez wysiłku, znalazła się tam, po tej drugiej stronie i zobaczyła… samą siebie na balkonie. Poczuła się wtedy jak w wielkim lustrze, albo może jak ktoś, kto trzyma wielkie lustro i jednocześnie jest w nim! Jest daleko od domu i widzi siebie na własnym balkonie… Przelękła się trochę tego snu, ale dobrze go zapamiętała.

- Nie da się naraz być i tu, i tam! Tak jest w realnym świecie i wszyscy to wiedzą – pomyślała.

I teraz uśmiechała się, ilekroć patrzyła przez okno na ten swój widok z odległym domem. Miała go codziennie przed oczami, za firanką, na zawołanie, a jednocześnie był tak daleko stąd.

- Czy warto w ogóle o nim myśleć, przyglądać się?

- Może poczekać, aż kiedyś po prostu zniknie, zarośnięty gałęziami drzew?

- A jeśli jednak tam pójdę, to czy stamtąd będę umiała odnaleźć wzrokiem ten kawałek mojego świata, który został w mieszkaniu z balkonem? – natrętne pytania cisnęły się jej do głowy.

Tego nie wiedziała, ale postanowiła jednak pójść tam na własnych nogach, tak po prostu.

-  Traktujmy to jak zwyczajny spacer, taki spacer z niespodzianką –  powiedziała sama do siebie.

- Nie będę przecież tylko patrzeć na ten dom z daleka i wyczekiwać, co stanie się dalej! – dodała w myślach. Pójdę, zobaczę i … pewno niczego to nie zmieni.

Następnego dnia ubrała dobre buty, wzięła butelkę z wodą mineralną, podręczny plecaczek i wyruszyła w drogę.

Była to dziwna wyprawa. Nie wiedziała dokładnie, czego szuka i po co konkretnie tam podąża. W takiej sytuacji trudno byłoby prosić ludzi po drodze o pomoc i wskazówki, więc po prostu szła przed siebie w kierunku, który wydawał jej się właściwy. Idąc, straciła jednocześnie z oczu ten swój cel, ale spodziewała się tego. Miała chwilami wrażenie, że oddala się od niego i błądzi, jednak szła dalej.

Wiedziała tylko, jak z daleka wygląda ten dom, codziennie widywany z jednej strony i co znajduje się w jego najbliższej okolicy.

Wreszcie, po dłuższym marszu pod górę dość stromą ulicą, była u celu. Znany z widzenia dom wyłonił się zza zakrętu. 

- No i jestem! Oto dom, kręta uliczka, w oddali kawałek lasu. Zgadza się. To tutaj. Jestem na tym swoim drugim brzegu, wypatrzonym z balkonu! – pomyślała zadowolona.

Dom okazał się odmienny od tych, mijanych po drodze. Inne domy były wrośnięte w krajobraz, ogrodzone, a czasem zasłonięte częściowo przez drzewa. A on po prostu jakby wystawał z podłoża wysypanego białymi kamykami – taki młody, solidny i czysty, pozbawiony cech indywidualnych nadawanych przez mieszkańców oraz upływ czasu.

Podeszła drogą jeszcze kawałek w górę, by spojrzeć na niego z innej strony. Z tyłu były małe betonowe schodki prowadzące do drzwi wejściowych, otwarte okna i wjazd do garażu. Wszystko to błyszczało nowością i pasowało do siebie nawzajem.

Z pewnym zdziwieniem spostrzegła nieopodal domu starą studnię, pokaźny pieniek oraz leżący na ziemi drewniany wyżłobiony przedmiot wyglądający na żłób lub koryto… Czy to możliwe? Po co koryto w takim domu? Dostrzegła jeszcze oparty o ścianę masywny, okrągły stół z grubymi nogami i lustro w złotej, prostej ramie wielkości człowieka. Jest i lustro! Lustro, które teraz odbija już tylko niebo, drzewa i nieświadomą niczego okolicę. Lustro, jak z jej snu.

- I ta studnia! Ciekawe, ile ma metrów głębokości i jak smakuje jej woda? – pomyślała.

Wszystkie studnie były dla Ady bardzo tajemnicze. Będąc dzieckiem dziwiła się, że w studni, wykopanej w czarnej i brudnej ziemi, jest taka czysta woda! Z tej samej ziemi, która brudziła ręce, wypływała woda nadająca się do picia i mycia…

Tyły domu okazały się dla Ady znacznie ciekawsze od jego frontu, bo pobudzały wyobraźnię. Czyżby była tam taka „podręczna, domowa historia” złożona z niezbędnych rzeczy, które od wieków towarzyszą i służą ludziom? Ten pieniek do rąbania drewna, niezgrabny stół skazany na bycie niepotrzebnym, wyszczerbione, świńskie koryto, lustro wielkości człowieka, studnia z zimną wodą… Nowy dom już tego nie potrzebował, ale jednak te rzeczy jeszcze tam były… Może ktoś chciał je wyrzucić i wystawił na zewnątrz? A może właśnie zachował, tak na wszelki wypadek za domem?

Spodziewała się, że w środku były same eleganckie, nowoczesne meble, łazienka, instalacja grzewcza i wszystko to, czego potrzeba do wygodnego życia w nowoczesnym domu. Tym bardziej, widok tych rzeczy jakby z innej rzeczywistości, zaskoczył ją. Czyżby dom pokazał swoją „duszę”?

- Teraz trzeba jeszcze znaleźć ten widok w odwrotnym kierunku – postanowiła.

Wyjęła przygotowaną zawczasu lornetkę i zaczęła szukać wzrokiem swojego bloku, charakterystycznych balkonów i okien. Nie było to łatwe, ale w końcu udało się, gdyż trzecie i czwarte piętro były na tyle wysoko, że wystawały zza drzew i innych dachów. Oczy Ady odnalazły w przestrzeni niewidzialną „ścieżkę”, jedyną w swojej prostocie, która łączyła te dwa punkty wyznaczone teraz przez jej obecność.

Ada była zadowolona z tej swojej małej wyprawy, a zaskoczenie prawdziwym wyglądem domu okazało się dla niej odkrywcze i inspirujące.

- Były to prawdziwie… lustrzane odwiedziny – podsumowała krótko swoje wrażenia i wyruszyła w drogę powrotną.

Wiedziała, że wracając teraz do siebie, pozostawiła jakąś swoją cząstkę w tym miejscu, gdzie była przed chwilą, dokąd zawędrowała. I ona pozostanie tam, jak na starym zdjęciu, jak w każdym lustrze, które kiedykolwiek odbiło jej postać.

Nabrała przekonania, że każda podróż, wędrówka czy spotkanie zmieniają człowieka i akurat teraz poczuła się taka trochę odmieniona.

 Wracając raźnym krokiem, szybko pokonała odległość dzielącą ją od swojego bloku.

I wtedy nagle, pozazdrościła wszystkim tym, którzy odbywają prawdziwe, dalekie podróże i wędrują po całym świecie.

- O ileż oni są bogatsi ode mnie! – pomyślała z żalem.

Nie przeczuwała nawet, jak bardzo może się mylić…

                                                                Małgorzata Micuła